Aleksandra Szczepańska i Daniel Sienkiewicz, czyli Loverowi, para zakochanych rowerzystów z nieprzypadkowymi romansami – górskie wyprawy i ciekawe miejsca. Mieszkamy w Gdańsku, pochodzimy z Mazur, a każdą wolną chwilę spędzamy na jednośladach lub drepcząc po szlakach. Nasze wyprawy charakteryzują się samodzielnością i niezależnością – śpimy w namiotach, gotujemy w plenerze i z dziecięcą ciekawością poznajemy rowerowy, ale nie tylko, świat.

""

EuroBajk’a – wyprawa rowerowa przez Europę

Nie był to zbyt sprzyjający czas na wyprawę, jak to mówił nasz rowerowy przyjaciel z Barcelony – post pandemiczna przygoda. Mimo wszystko, a może właśnie dlatego, było wyjątkowo – spełniliśmy jedno z naszych wielkich marzeń.

Postawiliśmy wszystko na jedną kartę (zrezygnowaliśmy z pracy oraz mieszkania) i 10 czerwca ruszyliśmy przed siebie. Przez kolejne tysiące kilometrów czekała na nas cała paleta emocji, zmiennej pogody, wzlotów i upadków. Nie obce było nam spanie na dziko w namiocie, gdy dookoła w najlepsze bawiła się burza i łamała stelaż naszego domu. Bajka zamieniała się w koszmar, gdy Ola walczyła z zatruciem pokarmowym, a męską część składu dopadł udar słoneczny – swoją drogą bardzo nieprzyjemne i bolesne. Kryzysy na podjazdach, drżące ręce i gorące hamulce na zjazdach. Nalot słoweńskiej policji na nasz skromny namiot rozbity nad rzeką… Wszystko to i jeszcze więcej, nie miało wpływu na nasze podejście do przygody, uśmiechu i uczucia, które jest między nami. Uczucia, które eksplodowało w weneckiej gondoli!

Odwiedziliśmy wiele wspaniałych miejsc – folder ze zdjęciami z tej wyprawy prawie dobił do 4 tysięcy plików. Zaliczyliśmy różne trasy rowerowe, zaczynając od fragmentów kilku Eurovelo, przez Parenzanę, a kończąc na przepięknej Alpe Adria. Całą wyprawę skrzętnie nagraliśmy, a owoc naszej pracy można znaleźć na Youtube – nasz kanał to „Loverowi”.

Wychodząc z założenia, że przygoda czeka za rogiem, nasza wyprawa wystartowała z Rybnika. Ważne było, aby początek i koniec miał miejsce w Polsce. Chcieliśmy przez to pokazać, że można przeżyć wspaniałą historię wychodząc z domu i wsiadając na rower. Udało się i po przejechaniu ponad 3700 kilometrów zameldowaliśmy się na dworcu kolejowym w Zgorzelcu.

Czy trasa była wymagająca? Nie jesteśmy zawodowymi sportowcami, do bardzo doświadczonych podróżników również nam daleko. Próbowaliśmy jednak nie rozstawać się z duchem wycieczki, który pomagał w najtrudniejszych momentach, a takich było sporo. Austriackie wzniesienia potrafią dać w kość, okolice Dunaju, choć niepozorne również potrafią zaboleć, a wybrzeże Istrii aż naszpikowane jest podjazdami. Nie mogliśmy narzekać na pogodę – podczas prawie całej wyprawy Słońce było nad nami. Czasem było tak blisko, że przypłaciliśmy to udarem słonecznym i poparzeniami skóry. Ale chyba taki już urok wyprawy, prawda? Nie cały plan udało się nam zrealizować. Na przeszkodzie stanęła nam (a jakże!) pandemia. W momencie, gdy mieliśmy udać się do Budapesztu i nad Balaton, granica Węgier była zamknięta dla Polaków. Były oczywiście wyjątki, takie jak przejazd tranzytowy, czy posiadanie biletu na mecz Mistrzostw Europy w piłce nożnej, ale pod żaden z nich się nie łapaliśmy. Wspaniałych i godnych zatrzymania się miejsc było całe mnóstwo. W tym krótkim opisie pozwolimy sobie tylko przywołać kilka z nich. Jezioro Garda, czyli marzenie wielu rowerzystów, także i nasze, urzekło nas widokami i przeraziło cenami. Podczas jazdy Parenzaną mogliśmy poczuć historię Istrii na własnej skórze, a austriackie Gruner See próbowało zastąpić polskie Morskie Oko.

Dziesiątki włoskich miejscowości, na czele z Weroną, czy Padwą, bawiło się z nami w kotka i myszkę wśród kamienistych uliczek. Słoweński Bled był dla nas mało gościnny, a policja, choć stanowcza, to wyrozumiała. Na zawsze zapamiętamy austriackie doliny i pierwsze spotkanie z Adriatykiem. Jednak na pierwszy plan wysuwa się dumnie Wenecja. Fakt dotarcia do tego miasta na wodzie z Rybnika to tylko połowa sukcesu, dopełnieniem były zaręczyny w gondoli. Nasze rowery (swoją drogą mocno średniej klasy) sprawdziły się wyśmienicie. Przez 58 dni przemierzania Europy tylko raz złapaliśmy gumę – i to na tyle jeśli chodzi o problemy techniczne. Czasem ma się więcej niemiłych przygód podczas kilkugodzinnej wycieczki poza miasto. Mieliśmy sporo szczęścia. Ludzie? Każdy, kto był na wyprawie rowerowej ten wie, że to właśnie napotkane osoby budują największe wspomnienia. I tak na długo zapamiętamy nocleg w ogrodzie austriackiego domostwa z basenem, na który zaprosiła nas przemiła właścicielka restauracji, czy czeską gościnność, dzięki której przetrwaliśmy mocne załamanie pogody.

Szczegóły spotkania

  • 13 kwietnia, godzina 16:00
  • Mediateka, pl. Teatralny 5

Program całego festiwalu znajdziesz w zakładce Program festiwalu.